Spełnij swoje marzenia
Victor Plitko
2 miesiące, 2 tygodnie temu (21 czerwiec 2010, 15:51)
"Port wyjścia: Split
Jacht: SunOdyssey 49 2007 rok z firmy AbaVela przez Masteryachting w Warszawie (polecam gorąco obie firmy).
Miejsca odwiedzone: Trogir, Skradin, Marina Frappa (trochę przymusowo), Vis, Split.
Załoga: 7 osób ze mną, wszyscy moi przyjaciele. Mocno międzynarodowy skład: Litwa, Ukraina, Rosja, Armenia, Polska, Serbia
Zgodnie z obietnicą firmy udało nam się odebrać jacht po 1400 w sobotę, a więc pierwszego dnia wyszliśmy z mało sympatycznej mariny w Splicie do Trogiru. Wiatr 0, a więc silniczek + krótkie próby szkoleniowe po drodze stawiania i zrzucania żagli. Odkryłem, że GPS nie wiedzieć czemu nie pokazywał prędkości (choć pozycję wskazywał jak należy) a i log przekłamywał mocno (pokazywał ze 3 knoty gdy szliśmy na moje oko z 8, co później się pokryło z obliczeniami). Trogir - sympatyczne, spokojne, drogawe miejsce na postój (ok 80 eur za ten jacht).
Następnego dnia zapowiadane prognozy do 40 kn w szkwałach, ale w open sea, u nas miała być B, maks 7B, Jugo, a więc droga na Skradin. Krótkie szkolenie z bezpieczeństwa, omówienie co robimy jak ktoś za burtę wypadnie i najważniejsze: co robimy jeżeli wypadnę ja , przymiarka szelek, odejście, przygotowanie lajflin i td. Po parudziesięciu minutach żeglugi w baksztagu przy ok. 4-5B (całkiem przyjemnie) na samej genui dmuchnęło mocniej, a więc szelki na siebie, podrolowanie geni i przy 6B, a w szkwalikach do 7B zabawa na parę godzin fajnego pływania. Jak czas zaczął naglić (by po zmierzchu nie wchodzić do portu) - poszliśmy swoim kursem do Skradina. W Skradnie mimo wiaterku stanęliśmy bez przygód ("good work, skipper" i uścisk ręki od portowego), poczułem się jak w Polsce: same polskie załogi Port jest rozbudowywany: została zdjęta keja wzdłuż zatoki, dobudowano trzeci pomost od strony mostu (ale jeszcze brak prądu) oraz zamiast tej starej wzdłużnej kei jakieś prace prowadzone - chyba nowe pirsy będą robione. Plan był prosty: załoga rano zwiedza wodospady, ja czekam na serwisanta by naprawił elektronikę (wiatromierz już w porcie przestał pokazywać wiatr, a więc do wszystkich usterek hurtem wezwałem, bo wcześniej planowałem tylko sam log wyczyścić i nikogo nie fatygować). Juryj przyjechał, wszystko szybko ponaprawiał (poza tą prędkością na GPS (to był jakiś dziwny program i coś było w ustawieniach, ale darowałem i powiedziałem, że mi nie przeszkadza). Niestety, prognozy mówiły o 40kn i mocniejszych szkwałach. Postanowiłem przeczekać na razie, załoga była na wodospadach, poszedłem na spacer i spotkałem mojego sympatycznego kolegę Szatana (Krzysiu, pozdrawiam serdecznie)! Krzysiek powiedział, że w Sukoszanie dmucha 40 już w tej chwili, a więc zostałem w porcie. Zresztą załodze też się nie spieszyło. Poznaliśmy parę sympatycznych Australijczyków, z którymi spędziliśmy całe popołudnie i wieczór. Dowiedziałem sie sporo rzeczy o Australii i w ogóle fajnie było. Tego dnia z portu wyszły tylko kilka jachtów, oczywiście w większości Polacy (większość jachtów była z polskimi załogami). Jeden jacht ewidentnie źle podszedł do wyjścia (zawiesił się na muringach pomiędzy kilem i sterem i trochę poobijał inne jednostki, ale w końcu poszli), drugi zrobił wszystko jak należy (gratulacje dla skippera - był mocny boczny wiaterek). Cena mariny ponad 80 eur - sporo. Żadnych rabatów w związku z pogodą - to chyba dla nich oczywiste.
Ciekawe jachty w Skradinie:


Kolejny dzień również zapowiadał się ciekawie wiatrowo, Jugo dmuchało cały czas, ale wg prognoz i obserwacji w porcie troche delikatniej: stabilna 6B (prognozy mówiły o szkwałach do 8B, ale w open sea). Opracowałem trasę i warianty schronienia się i wyszliśmy na wodę. Po wyjściu z rzeki założyliśmy kamizelki i szelki i była fajna żegluga. Wg planów miał być Drvenik Wieliki, ale załogantka nie wytrzymała fali bajdewindowej (szliśmy na mocno zarefowanych żaglach), maks zmierzone 34 knociki, i musiałem odbić wcześniej do zatoczki, a później już na silniczku do najbliższej mariny (Frappa w Rogoźnicy). Pierwszy raz jestem w tej marinie: byłem zaskoczony poziomem: jak zobaczyłem sanitariaty - zrobiliśmy zakłaz z załogą o cenę: obstawialiśmy 150-200 eur. Cena 62 euro była wielkim szokiem dla wszystkich. Cumowałem przy wietrze 36 knotów, obsługa na dinghy chciała mnie skierować na pirsy rezydenckie, ale byłoby to bokiem do wiatru. Upatrzyłem sobie inne wygodne miejsce przy kei tranzytowej i powiedziałem, że tam będę stawał (rufą do wiatru). Nie było problemu - Panowie wysiedli z dinghy na keje i przytrzymali muringi (choć takiej potrzeby nie było). Tak wiało

Osłonięta zatoka.


Tak musiałem się obłożyć, cuma rufowa zdublowana, poza cumami i szpringami jeszcze 2 muringi.

W marinie zobaczyłem wiele luksusowych i fajnych jachtów, w tym jeden BARDZO duży jacht z ożaglowaniem typu slup: wcześniej takich wielkich slupów nie widziałem.
...
W odróżnieniu od Skradina Frappa była zdominowana przez załogi rosyjskie. Regata "Russkij Kubok" - 20 jachtów stało już trzeci dzień i nie pozwolono im wyjść na wodę. Byli też Słoweńcy, ich też nie wypuszczano. Kilku skipperów, ewidentnie spragnionych pływania, zaczepiło mnie z pytaniami typu "no i jak tam w morzu?" Co miałem odpowiedzieć? Źle tam nie było Maks te 34 knociki, a tak stabilnie 26-30 - do przeżycia na tak dużym jachcie i przy rozważnym podejściu do pływania. Następny dzień: prognozy 50 knotów (szkwały), policja portowa zakazała wyjścia do godz. 1200. Potem przedłużyli. Po prostu nie oddawali papierów. Co prawda nie kłóciłem się bo sam postanowiłem nie wychodzić znowu - zbyt niebezpiecznie. Do zatoki weszła grupa jachtów z rosyjskimi banderkami pod salingiem. Jeden z nich miał złamany maszt (Bavarka jakaś). Popłynęli do miejskiej kei, bo podobno marina Frappa odmówiła im wejścia do portu.

No to spacerek w ich kierunku. Po drodze ciekawe zdjęci (wiało i chlapało nawet w osłoniętej zatoce). W knajpach zero świeżych ryb ("no fish for 4 days - Jugo"). Jacht bez masztu stanął na kotwicy, ale przy miejskiej kei stały inne jachty oznakowane jednakowymi banderkami regat. No to zagadałem do pierwszego lepszego skippera w kokpicie: - jak to się stało u tamtych, że maszt poleciał? Na co dostałem krótką urwaną odpowiedź od człowieka o przerażająco-czerwonym kolorze twarzy, dziwnie gapiącego się w dal a nie na mnie: - Normalnie, regaty, motyl, > 40 knotów. Ja na to: - jak to motyl? A jakie żagle nieśli? - Pełne. - ???????? Jak to? Jak się stało? Przyszkwaliło, zaczęli ostrzyć? Czy ich wywróciło i o wodę złamali? Położyło ich? - nie miałem czasu się przyglądać. sam miałem przygody. - ????? - Zgubiłem człowieka za burtą. - ???????????????????? JAK? Ale podebrałeś? - Motyl, szkwał. Ale podebrałem. Zrozumiałem jego gapienie się w dal i czerwony kolor twarzy, podziękowałem i nie męczyłem więcej głupimi pytaniami, poszedłem dalej. Obserwowałem sobie załogę na jachcie ze złamanym masztem: zmieniali miejsce kotwiczenia. Rzucili kotwicę idąc z wiatrem (*przypomnę - cały czas >30 knotów) i później już tylko patrzyłem jak walczyli z łańcuchem i jak im inny jacht pomagał. Trochę w szoku byłem. Załogant czy skipper z innego jachtu był chętny do rozmowy, powiedział, że regaty, emocje, stąd decyzja o pełnych żaglach. Na pytanie czemu MOTYL w takich warunkach odpowiedź dobijająca: wszyscy szli, to i oni. Generalnie: na szczęście odbyło się bez ofiar. Dmuchało


Następnego dnia podróż na VIS: miał to być obowiązkowy punkt programu, bo nasza załogantka Serbka miała tam kiedyś dom, a później była wojna... Cała ich rodzina nie była w tym miejscu od 20tu lat. Kiedy zacumowaliśmy w Visie - łzy radości w jej oczach i dziękuję z jej ust było najważniejszym momentem w tym rejsie dla mnie. Jej telefon z twardego lądu VIS-u do ojca był z pewnością wydarzeniem dla całej ich rodziny: po dwudziestu latach Masza była pierwszą osobą z ich rodziny, która trafiła w to miejsce.
Po drodze na VIS była martwa fala i wiatr 5 knt. w przeciwnym kierunku. Nasz jacht odmawiał płynięcia na żaglach w tych warunkach, a więc znowu silnik na kilka ładnych godzin. VIS - super urokliwe miejsce w porównaniu do wcześniej odwiedzonych w tym rejsie. Tutaj mieliśmy przygodę z żeglarzem z Wrocławia i jego raną na nodze (skuterki) - już to gdzieś opisywałem, więc nie będę się powtarzał. Wieczorny spacerek i decyzja, że jemy w knajpach: część załogi w rybnej, a ja z dwoma kolegami poszliśmy na jagnięcinkę obok. Było cudnie! Port stosunkowo nie drogi (już nie pamiętam ile), ale woda, prąd i dość słabe sanitariaty są. Muringi też.
Po przygodach Ryśka z załogi obok ze skuterkami moja załoga postanowiła zmienić plany i zamiast jechać na skuterkach oglądać były dom Maszy (naszej załogantki Serbki) popłynęliśmy jachtem na drugą stronę wyspy. Niestety, dom albo został zburzony, albo rozbudowany nie do poznania. Baksztag 3B (prawie fordziel) w kierunku Splitu, prawie czyste niebo i brak fali (martwa fala ustała) - wszystko to wskazywało mi na kilka godzin fajnej relaksacyjnej żeglugi na koniec rejsu. Te kilka godzin szczęścia dopełniliśmy dwiema świeżo usmażonymi rybami (kupione w Visie - pierwszy połów rybaków po kilku dniach przestoju z powodu Jugo), sałatką i innymi smakołykami. Zgodnie z sugestią Jurija z AbaVely postanowiłem zatankować wieczorem tego dnia (piątek) by w sobotę rano nie stać w długiej kolejce. I tak postaliśmy z godzinkę, albo więcej, ale miłe zaskoczenie: tylko 70 euro za paliwo, choć byłem pewny, że spaliliśmy dużo więcej. Silniczek był oszczędny i zadbany (czyściutki) - duży plus dla firmy. Wejście do portu trochę mnie martwiło, bo już zaczęło się ściemniać, jacht WIELKI (49 stóp) a marina CIASNA. Wychodząc mieliśmy lukę by schować dziób, a przy wejściu mogłem jej nie mieć (i nie miałem). Jacht na szerokość ledwo mieścił się między muringami i koszami dziobowymi co niektórych dłuższych jachtów (muringi szły do nich prawie pionowo). Załoga to widziała i wszyscy starali się by wszystko było ok. Weszliśmy perfekcyjnie, czekał na nas szef firmy z muringiem w ręku i uściskiem (już drugi raz w tym rejsie), a w sobotę to dobre wejście opłaciło się godziną wolnego czasu: facet powiedział: widziałem jak wchodziliście, nie będę nic sprawdzał - tylko powiedz skipper czy wszystko ok. Przyznałem się szczerze i uczciwie do bosaka, który nie daliśmy rady złożyć, facet oddał mi kaucję i życzył szerokiej drogi. Powrót do domu: 14 godzin jazdy, w tym postój na jedzenie w Czechach i na parę tankowań. Po drodze spotkaliśmy na stacji benzynowej dwa harleye z trzema osobami (2 facetów i dziewczyna) - wracali do Moskwy po przejechaniu calej Europy (Włochy, Niemcy, Albania itd). Kilka tys. km było już za nimi i jeszcze parę tys. przed. Ruszając spod stacji w dość mocnym deszczu życzyłem im szerokiej drogi i podziwiałem twardość ducha. Dziennie potrafili zrobić 600-1000 km.
Klimaty VIS




